Logo Ludzii Armii

Misjonarze z Dywanowa

Jak celnie, choć ze zdziwieniem, ktoś już zdążył zauważyć - to już koniec weekendu. Być może kolejny (tak, tak, już pięć dni) zechcecie poświęcić na lekturę książki, która – jak sądzę – doskonale wpisuje się w ogólny charakter naszej strony. Myślę też, że choć nie jest to literatura faktu, to być może na stronach „Misjonarzy z Dywanowa” autorstwa Władysława Zdanowicza wielu z Was odnajdzie jakiś wspólny mianownik z wojskową rzeczywistością, bo jak zapewnia sam autor „większość bohaterów tej powieści, opisane sytuacje i dialogi są autentyczne”.

Dziś, za zgodą autora, publikujemy dla Was fragment pierwszej części przygód szeregowego Piotra Leńczyka zatytułowanej „Pinky, czyli nowicjusz”. Jak według autora wygląda rzeczywistość misji stabilizacyjnej z udziałem Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku widziana oczami zwykłego żołnierza? Zapraszamy do lektury.

 Stronic kilka z dziejów plutonu rotacyjno-dyspozycyjnego, z ogólnym zastrzeżeniem, że wszystkie opisane tu osoby oraz wydarzenia miały tak naprawdę niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ta była o wiele, wiele gorsza. – Władysław Zdanowicz

Misjonarze z Dywanowa

Pinky, czyli nowicjusz

Kiedy otrzymał powołanie do wojska, wszyscy się ucieszyli. Dyrektorka domu dziecka, bo pozbywała się kłopotu i darmozjada, który żadnej pracy nie mógł znaleźć. Jedzenie i spanie musiała mu zapewnić, a nie mogła go wyrzucić z państwowej placówki na bruk.

On sam, poza ciotką, nie miał nikogo, żadnego przyjaciela, a tym bardziej dziewczyny, więc wyjazd do wojska dawał jakąś nadzieję na przyszłość. Nie przewidział jednak swojego pecha, który przyciągał do niego wszystkie nieszczęścia jak magnes żelazo. Tak samo jak teraz – miał przez dwa tygodnie zastąpić plutonowego, a okazało się, że zamiast wracać do jednostki, gdzie obiecano mu pomóc w zostaniu żołnierzem zawodowym, miał lada moment wsiąść w samolot i polecieć na misję, o której nic nie wiedział i co gorsza, nie chciał wiedzieć.

Jak przez mgłę słyszał któregoś z wyższych rangą oficerów, wydzierającego się na maszerujących żołnierzy, denerwując się ich postawą.
– Żołnierze! Pokryjcie w tym dwuszeregu, bo ja was pokryję! Kurwa! Co za dziadostwo!
Chwila ciszy sprowokowała którąś z kobiet na trybunie do interwencji, bo nagle wszyscy maszerujący żołnierze usłyszeli damski głos z głośników.
– Panie generale! Nie wierzę, że tego nie można powiedzieć bez przekleństw! To nie po katolicku, proszę nie zapominać, że tu są kobiety!

Generał był zaskoczony tak bezczelnym zwróceniem uwagi i potrzebował czasu na odpowiedź.
– Zapewne można, szanowna pani! – potwierdził grobowym głosem, co nie zapowiadało nic dobrego. – Ale opierdol w wojsku to jak „dzień dobry” w cywilu. Zresztą, oni kulturalnego słownictwa nie zrozumieją! Są przyzwyczajeni do takiego, jakie teraz używam.
– No nie wiem, panie generale – kobieta miała wątpliwości, mimo zapewnień solenizanta. – U nas mówili: bądź człowiekiem, to i inni będą dla ciebie dobrzy. To takie ludzkie…
– Szanowna pani wybaczy – przerwał jej generał, dostrzegając, że inni przysłuchują się dyskusji. – W tej chwili to nie są ludzie, tylko wojskowi. A żołnierz, który nie umie maszerować, to… – zamilkł na moment, szukając odpowiedniego słowa, którym by nie uraził upierdliwej baby, żony wojewody czy kogoś podobnego, z którym musiał się jednak liczyć. W każdym razie dostrzegł gesty majora Bajerowskiego mówiącego, że to ktoś na tyle ważny, iż należy się pohamować ze swoim ulubionym, aczkolwiek prostym słownictwem. – To ofermy i fajtłapy! A naszym, oficerów znaczy się, obowiązkiem, jest nauczyć jednego z drugim, jak ma maszerować i walczyć. Zaraz przyjedzie do nas pan minister z samej Warszawy, ksiądz generał – zaznaczył przeciągle – i jak to będzie wyglądało, gdy jeden z drugim nie potrafią docenić tego szczęścia, które ich spotkało. Będą maszerować przed samym ministrem, generałem i księdzem, a łajzy jedne, jak na złość chodzić specjalnie nie chcą! My chcemy im zrobić przyjemność, a oni nie chcą. – Był coraz bardziej wzburzony ignorancją i brakiem zrozumienia u żołnierzy. – Już ja ich pogonię! Będą chodzić do nonstopu, aż wyjdzie im tak, jak powinno być! – Widocznie uznał rozmowę za skończoną, bo znowu skupił swoją uwagę na kompanii maszerującej przed trybuną.

– Ja wam mówię po raz ostatni. Macie maszerować, jakby od tego zależało wasze życie! Wymach ręki ma być taki, jakby ptak wam na rękę nasrał i chcielibyście to gówno z ręki strzepnąć! Zrozumiano?! Trzymać się w kroku! W kroku, mówię!!!

– Panie generale – tym razem wtrącił się mężczyzna. Najwyraźniej był wzburzony, a być może został do tego sprowokowany zachowaniem generała. – To lekka przesada, z tym pana słownictwem. Nie po to spaliśmy na styropianie, walczyliśmy z komuną, żeby pan teraz obrażał tych ludzi… Przecież nie po to walczyliśmy o demokrację, aby zachowywał się pan tak, jakby nic się nie zmieniło! Pan katolik i ten obrzydliwy język… Przecież nie jest pan ruskim zupakiem, przestań pan, kurwa, przeklinać w obecności kobiet i katoliczek!

Chciałoby się usłyszeć „I vice versa”, ale generał solenizant nie używał słów, których nie rozumiał, a ponieważ zasób słów miał skromny, to i odpowiedź była inna, niż się spodziewał jego rozmówca.

– Pan wybaczy, panie vice wojewodo – głos generała był co najmniej wyciszony i podejrzliwie grzeczny. – Ale wojsko zawsze wymagało twardej ręki do rządzenia. I obojętne, czy było to za czasów obrzydłej komuny czy teraz, za demokracji. Zapewne trochę przesadziłem, ale chciałem, aby pan minister wraz z księdzem generałem byli zadowoleni z naszych żołnierzy, którzy reprezentują sobą nasze województwo i bardzo chciałbym, żeby dobrze wypadli wobec moich… naszych gości ze stolicy.

Człowiek od nagłośnienia doszedł wreszcie do wniosku, że lepiej będzie, jeśli wyłączy głos w kolumnach, tym bardziej, że dostrzegł wymowny ruch dłonią przy gardle wykonały przez majora Bajerowskiego. Wiedział, co się z nim stanie, jeśli chociaż jedno słowo pójdzie dalej przez głośniki. Ponieważ zawsze był posłusznym podwładnym, zadziałał od razu choć z opóźnionym refleksem.

————————————————————————

Dla osób, które przed zakupem chciałyby zaznajomić się z większymi fragmentami „Misjonarzy z Dywanowa”, które z pewnością lepiej oddają żołnierski, lista PDFów do pobrania:

————————————————————————

Recenzje

Poniżej prezentujemy fragmenty kilku recenzji, nie tylko pierwszego tomu, ale również pozostałych części przygód szeregowego Leńczyka, które być może zachęcą Was do lektury:

Po pierwsze – oprócz potężnej dawki zdrowego, wojskowo-polskiego humoru jest tu też sporo akcji. Po drugie – całość czyta się jeszcze bardziej wartko; mimo codziennych obowiązków 1240 stron „łyknąłem” w cztery dni. Po trzecie – dzięki Ci, Autorze, za Rovera i jego „Tour de Iraq” na rowerze pięknej pani porucznik US Army o polskich (że się tak wyrażę) korzeniach… „Wycieczka” rowerowa Leńczyka – to jest majstersztyk fabularno-narracyjny. Wielki, wielki szacunek dla Autora za opis rajdu rowerowego! A opisu obrony mostu – może to nie jest „Szeregowiec Ryan”, ale bardzo, bardzo blisko… – Maciej Ślużyński

Kolejne karty książki przynoszą historię niewiarygodną, śmieszną, rzeczową i momentami groteskową. Podtytuł „Polski Szwejk na misji w Iraku”, będący odwołaniem zapewne do „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” autorstwa Jaroslava Haška osobiście zamieniłbym na coś naszego, rodzimego. Postać Piotra Leńczyka podobna jest momentami do Franka Dolasa, znanego między innymi z trylogii filmowej „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. Abstrahując jednak od skojarzeń, jakie u czytelnika wywołać może postać szeregowego Leńczyka, „Misjonarze z Dywanowa” warci są każdej minuty poświęconej lekturze.  - Jakub Grodzki

W tym przypadku trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że jest to specjalnie dokonane przerysowanie i czynienie nie jeden raz groteski z naszej armii. Można stwierdzić, że wszystkie komponenty, niezbędne dla dobrej lektury są w przypadku „Misjonarzy z Dywanowa” znakomicie wyważone i dobrane. Wszystko jest na swoim miejscu i we właściwych proporcjach. Każdy, kto szuka chwili wytchnienia po ciężkim dniu, przy zabawnej i niezobowiązującej lekturze, znajdzie to właśnie tu. Trzeba tylko dodać, że przymierzając się do lektury „Misjonarzy z Dywanowa”, warto rozpocząć przygodę z szeregowym Piotrem Leńczykiem od samego początku – czyli od tomu pierwszego. - Jakub Grodzki

Jeżeli udało nam się przekonać Was do „Misjonarzy z Dywanowa”, możecie skontaktować się bezpośrednio z autorem wysyłając maila pod adres ksiegarnia.zdanowicz@pro.onet.pl. Dodatkowo, jeśli już polubiliście nasz fan page na Facebooku możecie liczyć na 10% rabatu na zakup książek oraz dedykację od autora.

Komentarze (1):

  1. Władysław Zdanowicz

    Gdyby ktoś był ciekawy, to akurat ukazuje się czwarty tom z cyklu „Misjonarze z Dywanowa”, pod tytułem HIENA.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz:




*