Logo Ludzii Armii

Być jak Specnaz, nosić zielony beret i naszywkę Rangers…- cz.V. Pierwsze zadanie.

Cicha pobudka naszej grupy w środku nocy, rzut oka na zegarek – jest trzecia. Mieszkamy w jednym namiocie, więc nie ma obawy, że zbudzimy kogoś jeszcze. Na wyczucie i bez zapalania światła ścielimy łóżka, po piętnastu minutach stoimy przed magazynem broni, gdzie zawinięty w koc podoficer wydaje nam nasze RPG. Każdy z nas dodatkowo zabiera to, co przysługuje mu na zajmowanym stanowisku – my z Adim jak zawsze radiostacje, minerzy miny i atrapy ładunków wybuchowych, zwiadowcy środki pozoracji, peryskopy, lornetki itp.

Dowódca dużą wagę przykłada do poprawnego założenia oporządzenia i ma rację, bo nic tak nie wkurza podczas zadania jak dyndająca saperka czy odpinające się od zasobnika OP-1. Wychodzimy z obozowiska o 1.15. Obieramy kierunek na strzelnicę artyleryjską, gdzie baterie 2S1 (Goździk) przygotowują się do odbywania strzelań. W tej chwili powinny trwać tam prace inżynieryjno-saperskie i wykonywanie stanowisk ogniowych.

Goździk na stanowisku ogniowym
Goździk na stanowisku ogniowym

Nasze zadanie to przeniknąć przez linie przeciwnika i podjąć marsz na odległość, ok. piętnastu kilometrów w kierunku celu, następnie wytypować miejsce do założenia bazy przejściowej dla innej grupy specjalnej, odejść z rejonu i pięć kilometrów dalej zorganizować punkt obserwacyjny, którego zadaniem przez większość dnia będzie prowadzenie obserwacji przekaźnika radiowo-telewizyjnego. Dane z obserwacji przekazane zostaną dowódcy innej grupy specjalnej, która w godzinach nocnych będzie wykonywała zadanie na tym obiekcie.

Baterie artylerii rozmieszczone są na otwartym terenie, ale na szczęście nie tak dużym abyśmy mogli zostać zauważeni na tle nieba, które i tak dało nam fory – jest pochmurno. Po drodze pokonujemy ze dwa płytkie strumienie i niezliczoną ilość dziur, dołków i okopów, co w takich warunkach jest wyjątkowo niebezpieczne. Każde wpadnięcie w jeden z nich nie tylko powoduje hałas, ale przede wszystkim stwarza ryzyko kontuzji. Mamy wrażenie, że nasze przejście słychać na całym poligonie, ale to, co usłyszeliśmy podchodząc do rubieży przeciwnika, pobiło wszelkie spowodowane przez nas odgłosy.

Zatrzymujemy się. Ubezpieczenie, potem nasłuch, aby określić kierunki, z których pada najwięcej głosów i szczęku sprzętu, potem podejście trochę bliżej i obserwacja przez NSPU. Dowódca grupy wybiera rejon i określa sposób wykonania zadania, jesteśmy podzieleni na trzy pary – mnie, jako radzikowi, zazwyczaj pozostaje towarzystwo dowódcy.

Oprócz mojej R-354, mamy trzy R-392 i to one zapewniają nam łączność wewnątrz grupy. Każda para ma 20 minut na wykonanie przenikania i odejście w wyznaczony rejon. Wprawdzie trudno zlokalizować w takich warunkach punkt zborny, ale wyznaczony został 100m w głąb lasu na kierunku północno-zachodnim, dokładnie w korycie małego strumienia. Dobry pomysł, bo jak wejdziemy w strumień to potem wystarczy przemieścić się nim w wyznaczonym kierunku.

Koryta rzek i strumieni często są sprzymierzeńcem w działaniu.
Koryta rzek i strumieni często są sprzymierzeńcem w działaniu.

Pierwsza para – Adi i Kaczor – rusza. Szybko ginie w ciemnościach z pola widzenia. Po dwudziestu minutach ruszam ja z dowódcą, na końcu Arapacho i Sajgon. Teraz pozostaje nam czekać i nasłuchiwać – jest 2.45, jeżeli wszystko pójdzie dobrze to ok. 3.45 cała grupa powinna być w punkcie zbornym. Wtedy pozostanie jeszcze pół godziny do świtu.

Kurwa mać, w dupie z taką robotą. Kopiesz, kopiesz, a jebany piasek i tak się osypuje. – słychać z przodu. To „bogowie wojny” mają problem ze stanowiskiem pod Goździka.
- My tu zapierdalamy przy dziurze, a panowie kadra smacznie chrapią i w dupie mają, że za mało drewna na szalunek dowieźli. – niesie się po lesie.
- A z rańca przyjadą sobie pszczółką żeby postrzelać.

Czasem na strumieniach zdarzają się przeszkody.
Czasem na strumieniach zdarzają się przeszkody.

No cóż, jaka służba taka robota. Nam też nie jest lekko, ale nasz dowódca robi z nami te kilometry, dźwiga zasobnik i broń i to od niego zależy prawidłowe wykonanie zadania.

Słuchawka na uchu cicho klika. Trzy razy – to umówiony znak, że wszystko jest ok. Przekazuję informację. Teraz nasza kolej. Podnosimy się z wilgotnej od rosy ściółki i ruszamy w wybrane miejsce. Krok za krokiem, powolutku, skurczeni niczym gnomy, mijamy jeszcze niewprowadzony na stanowiska sprzęt. Odległość – jakieś 30 m do pierwszego działa.

Dowódca idzie pierwszy. Widzę jak powoli opada na kolana i łokcie i zaczyna przekradać się w tej pozycji.  Idę za jego przykładem. Każda sekunda wydaje się być minutą, a każdy szmer przybiera na sile. Jesteśmy w połowie drogi, kiedy od strony artylerzystów wzbija się w niebo gwiazda – raca sygnalizacyjna wystrzelona w sygnałówki. Równocześnie padamy plackiem i zamieramy w bezruchu.

Co ty kurwa robisz, baranie?! – niesie się od dział.
To już sobie pyknąć z sygnałówki nie mogę? – odpowiada niewidoczna postać.
Pyknąć to sobie w łeb możesz, idioto. A gdybyś załadował czerwoną?
To byśmy mieli na głowie pododdział alarmowy i straż pożarną z Komendy Poligonu.
No właśnie i nie rusza cię to?
Starego nic nie rusza, a ty młody baniak (kapral) jesteś, więc ci getry falują – słychać w odpowiedzi.

I tak to sobie „bogowie wojny” rozmawiali, a ja już myślałem, że coś im się nie spodobało na przedpolu i flara poszła, żeby się przyjrzeć, a tu starość kaprycho miała.

Powoli, ale skutecznie zbliżaliśmy się do ściany lasu. Jeszcze tylko kilka metrów i będzie można wstać. Zagłębiamy się wolno w pierwsze zarośla, ale nadal na kolanach – dopiero po ok. 15 metrach, powoli podnosi się dowódca, a za nim ja. Teraz kierunek na wprost, aż do strumienia, a potem w lewo, jego korytem. Mundury przesiąknięte od rosy, buty od wody w strumyku, plecy od potu – jednym słowem cali mokrzy.

Kaczor wziął wcześniej NSPU, dzięki czemu teraz wypatrzyli nas i dali odpowiedni znak przez radio. Po chwili jesteśmy we czwórkę. Dajemy sygnał ostatniej dwójce, że mogą zaczynać przeprawę, a my mamy co najmniej dwadzieścia minut na odpoczynek i poprawienie ekwipunku. Niebo z ciemno granatowego powoli zaczyna robić się jaśniejsze. To wprawdzie jeszcze nie świt, ale znak, że ten niedługo nadejdzie.

Chłopaki mają już pięć minut opóźnienia, ale od strony artylerzystów nie słychać żadnych oznak, że mogli zostać wykryci. Na skraj lasu udaje się dowódca, żeby przez noktowizor przepatrzeć przedpole. Po dziesięciu minutach wracają we trójkę – nie dali znaku przez radio, bo dowódca przejął ich tuż po osiągnięciu zagajnika i od razu zabrał do naszego miejsca.

Opóźnienie spowodował śpiący obok działa żołnierz, na którego niemal nie weszli, a że noc była ciepła temu nawet nie chciało się pewnie wchodzić pod pancerz. Niestety trzeba było trochę się wycofać i obejść śpiącą królewnę. Do świtu pozostało nie więcej niż piętnaście minut, więc chłopaki mieli o wiele mniej czasu na odsapnięcie – musiało wystarczyć pięć minut i w drogę.

Szarawo zrobiło się jeszcze dobrą chwilę przed wschodem słońca, ale w tym czasie byliśmy już jakiś kilometr od stanowisk ogniowych. Teraz, przez pewien czas, światło poranka będzie naszym sprzymierzeńcem i pozwoli na szybszy i bezpieczniejszy marsz. Tak będzie mniej więcej do godziny 8.00, kiedy z obozowisk wyjdą kolumny wojska i rozejdą się w różnych kierunkach na swoje ćwiczenia. Wtedy musimy już być poza wszelkimi rejonami niebezpiecznymi, czyli głównie strzelnicami, i zacząć uważać na ćwiczące wojska. Zasada jest jedna – każdy inny żołnierz to przeciwnik, więc należy go unikać.

Około godziny 10-tej jesteśmy w kwadracie, w którym należy wytypować miejsce na bazę przejściową, oznaczyć je na mapie i odejść we własnym kierunku. Jesteśmy porządnie zmęczeni. Dowódca zarządza trzydzieści minut odpoczynku i posiłek. Zapadamy się w gęstych krzakach wcześniej zacierając ślady naszego dojścia na odcinku ok. 50 m.

Bez zasobnika i sprzętu człowiek wydaje się niewiarygodnie lekki. Słońce na niebie dawno już wysuszyło mundury, pozostały tylko ciemne plamy potu na plecach. Miejsce jest tak dobre, że nie wystawiamy nawet ubezpieczenia. Nadaje się na odpoczynek, ale nie na bazę. W ciszy wyciągamy „ciastka komandosa” czyli suchary, smarujemy pasztetem z puszki i wcinamy. W takich sytuacjach ten prosty posiłek smakuje jak śniadanie u Wierzynka.

Zapada decyzja, żeby przygotować radio do seansu radiowego. A więc zabawimy dłużej w tych krzaczorach. Dowódca i dwóch zwiadowców udają się na wytypowanie miejsca na bazę. Wracają po ok. pół godzinie z zadowolonymi minami. Dowódca siada kilka metrów z boku i koduje meldunek, aby po chwili dać mi go do nadania. Perforuję taśmę, a potem przygotowuję radio do seansu. O wskazanej godzinie słyszę w słuchawkach nasz sygnał rozpoznawczy. Odpowiadam, po czym realizuję seans zgodnie z procedurą. Meldunek został nadany w ciągu czterech sekund. Czekam na potwierdzenie przyjęcia i po jego usłyszeniu wyłączam i zwijam radiostację.

„Radzik” w trakcie seansu łączności.
„Radzik” w trakcie seansu łączności.

W działaniach specjalnych bardzo ważną rolę odgrywa łączność. Można wypuścić w teren i sto grup specjalnych, ale jeżeli do sztabów, we właściwym czasie i w ustalony w procedurach sposób, nie dotrą informacje z rozpoznania i innych prowadzonych działań, to równie dobrze można przyjąć, że grupy nie wykonały zadań. Zwiadowcy nazywani są oczami i uszami armii, ale nerwem dającym impuls do działania całej machinie jest sprawny system łączności.

- Koniec sielanki. – pada komenda - Pięć minut i jesteście gotowi do drogi, a miejsce zamaskowane i wyczyszczone.

Ciężko wstać po takiej przerwie. Nogi automatycznie „wypełniają się ołowiem”. Pakujemy sprzęt na plecy i w drogę. Do naszego celu pozostało pięć kilometrów oraz ominięcie wioski. Właściwie to cel położony jest już poza obszarem poligonu, ale jak się dowiedzieliśmy wcześniej, większość działań zazwyczaj przeprowadzamy poza poligonami.

Zwiadowcy „na robocie”.
Zwiadowcy „na robocie”.

Obszary leśne dochodzą praktycznie prawie do samej wioski, co działa na naszą korzyść, bo cały czas pozostajemy w ukryciu. Jest ok. godz. 13-tej w południe, więc praktycznie powinniśmy teraz siedzieć w jakiejś norze i czekać na zapadnięcie zmroku lub być już w pobliżu celu i wykonywać zadanie. Niedobrze, że na drodze stoi nam wieś, ale jak rozumiem jest to zadanie na myślenie, więc głowimy się nad mapą i myślimy jak wieś ominąć. Niestety nikt z nas nie ma zielonego pojęcia jak to zrobić. Zresztą – co tu się dziwić – dopiero uczymy się tego fachu. Dowódca wskazuje na mapie regularnie biegnącą linię od skraju lasu do przeciwległego końca pola.

To jest główny rów melioracyjny, do niego dochodzą mniejsze rowy i w ten sposób odprowadzany jest nadmiar wody z pola. Rowy takie wykopuje się tylko na polach, gdzie występują większe obniżenia terenu, bo w nich wiosną i jesienią gromadzi się duża ilość wody, co utrudnia prace polowe. Mamy sierpień i suche lato, więc w głównym rowie zapewne znajduje się niewielka jej ilość. Podejdziemy lasem do wylotu, a tam, pojedynczo, czołganiem zsuniemy się na jego dno.

Jak powiedziane, tak zrobione. Powoli, jeden za drugim posuwamy się rowem w kierunku widniejącego na polu potężnego masztu, głównego obiektu naszego zainteresowania. Rów był wystarczająco głęboki, abyśmy nie musieli się schylać. Poza tym dorodne łany zboża stanowiły dodatkową osłonę. Przebyliśmy tak około 500 m. Z mapy wynikało, że znajdujemy się na wprost obiektu, jakieś sto metrów od końca uprawnej części pola.

Zatrzymaliśmy się. Sajgon miał zrzucić sprzęt, zerwać ostrożnie trochę zboża i robiąc chochoła na głowie wychylić się, żeby sprawdzić jak daleko od obiektu jesteśmy i jak jest zabezpieczony od naszej strony. Po chwili wrócił z meldunkiem, że jesteśmy dokładnie naprzeciwko. Potwierdził też odległość do końca uprawy – za nią znajdował się niewielkiej szerokości pas przeoranej ziemi i płot zabezpieczający obiekt. Na razie te informacje wystarczyły.

Odpoczęliśmy pół godziny, po czym zaplanowaliśmy dalsze działanie. Miejsce, w którym byliśmy, dobre było na przeczekanie i odpoczynek, ale marne jako punkt obserwacyjny, tym bardziej że mieliśmy zebrać jak najwięcej wiadomości z rozpoznania wzrokowego. Druga strona rowu dochodziła do drogi biegnącej do wsi i łączyła się z rowem przydrożnym, więc można było dotrzeć aż do drogi i podjąć obserwację od tego kierunku z jednoczesną oceną drożności i ruchu na drodze. W tym kierunku miała udać się pierwsza dwójka zwiadowców.

Drugi kierunek to powrót rowem do lasu, następnie przejście wzdłuż jego ściany i podjęcie obserwacji obiektu z przeciwległej strony. To zadanie dla kolejnej pary.

Pozostała dwójka, w tym ja, miała pozostać na miejscu, zamaskować pozostały sprzęt i obserwować na zmianę ruch w rejonie wsi i pola.

Każda para miała radiostację, więc w razie czego, na umówiony wcześniej sygnał, wszyscy rozpoczynali odwrót. Czas rozpoczęcia obserwacji – godzina 14-ta po południu, zakończenie – 22-ga wieczorem. W ciągu tych ośmiu godzin mieliśmy zebrać informacje o:

  • dogodnych miejscach podejścia,
  • możliwości sforsowania ogrodzenia,
  • jakości zabezpieczenia zewnętrznego,
  • najbliższej drodze podjazdu,
  • możliwej ochronie,
  • rozmieszczeniu newralgicznych punktów oraz stacji zasilania awaryjnego.
Główny cel zadania. Przekaźnikowa stacja radiowo-telewizyjna Jemiołów (czas obecny).
Główny cel zadania. Przekaźnikowa stacja radiowo-telewizyjna Jemiołów (czas obecny).

Działamy już przeszło czternaście godzin i – co tu dużo mówić – zmęczenie daje o sobie znać, a robotę, do której nas wyznaczono, trzeba dopiero zaczynać. Pary wyszły w swoje rejony. My maskowanie sprzętu wykonaliśmy dosyć szybko, po czym każdy z nas z chochołem na głowie rozpoczął obserwację wyznaczonego sektora. Do tej roboty wystarczyła jedna osoba, więc podzieliliśmy obserwację na godzinne czuwanie dla jednego i godzinny odpoczynek dla drugiego. „Odleciałem” jak tylko położyłem się na wznak. Nawet nie wiedziałem, że godzina mija tak szybko.

Przez radio otrzymałem polecenie, aby na 20-tą wieczorem wybrać i przygotować w lesie miejsce do przeprowadzenia seansu łączności. Już godzinę wcześniej zwinąłem się z naszego bezpiecznego rowu i 100 m w głąb lasu rozpocząłem przygotowanie. Z radiostacją KF nie ma problemu, jeżeli chodzi o tłumienie sygnału, więc system może zostać rozwinięty nawet w gęstym lesie, jednak zastosowanie anteny promieniowej jest trochę uciążliwe, bo trzeba mieć odpowiednio dużo miejsca na jej rozwinięcie i podwieszenie. Najlepiej znaleźć w lesie małą polankę i wtedy wszystkie problemy mamy z głowy. Tak też zrobiłem.

O 20-tej zjawił się dowódca i przeprowadziliśmy standardowy seans łączności. Zaszyfrowany meldunek zawierał dane z naszego rozpoznania oraz współrzędne wytypowanego miejsca dla bazy przejściowej. O godz. 22-giej wieczorem posterunki obserwacyjne zostały zdjęte, „wysprzątaliśmy” ślady naszej bytności, a po czterdziestu minutach cała grupa wykorzystując fakt zapadnięcia zmroku wyszła na niedaleką drogę i podjęła marsz do miejsca, gdzie mieliśmy wyznaczone lądowisko dla podjęcia przez śmigłowiec. W działaniach specjalnych jest to nie tylko jeden ze sposobów dostania się na pole walki, ale też na odzyskanie grup po zadaniu.

Podjęcie „śmigła” (czas obecny – szkolenie „Combat Hunting”).
Podjęcie „śmigła” (czas obecny – szkolenie „Combat Hunting”).

Oczywiście w trakcie szkolenia poligonowego zbyt kosztowne byłoby wykorzystywanie śmigłowca w każdych zajęciach, dlatego też element ten ćwiczony był aplikacyjnie, a śmigłowiec zastępował samochód ciężarowy. Jednak wszelkie elementy zabezpieczające ten element były bezwzględnie realizowane, włącznie z oznakowaniem lądowiska i nawigacją przy lądowaniu.

Każde zgrupowanie poligonowe kończyły się tzw. ćwiczeniami przygodowymi, w trakcie których grupy wychodziły do działania na kilkadziesiąt kilometrów, działały w terenie przygodnym przez kilka dni, po czym wracały do miejsc swojego stacjonowania, nierzadko rzeczywiście podejmowane przez śmigłowce. W tamtym dniu jednak ważna była nauka zabezpieczenia i oznakowania lądowiska. Nawigacją zajmował się dowódca grupy i po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć jak się to robi. W późniejszym czasie służby, na specjalnych kursach, większość z nas przechodziła szkolenie śmigłowcowe związane z podejmowaniem śmigłowca na lądowisku polowym.

„Śmigła” towarzyszyły nam często – na zdjęciu załadunek grupy z 56ks.
„Śmigła” towarzyszyły nam często – na zdjęciu załadunek grupy z 56ks.

Przemarsz w wyznaczony rejon lądowiska trwał około godziny, a „przylot” miał nastąpić o godz. 3.00. Cztery osoby ubezpieczały polanę. Dowódca grupy wraz ze mną mocował oznaczenie centrum tak, by pilot dokładnie widział postawiony znak, określił kierunek wiatru i pozostał w centrum, w celu nawigacji. Mniej więcej w umówionym czasie, na niedalekiej drodze, dał się słyszeć warkot silnika samochodowego. Pojazd podjechał na naszą wysokość i zatrzymał się nie gasząc silnika. Po chwili ubezpieczenie zatrzymało dowódcę kompanii, który osobiście przyjechał sprawdzić lądowisko i podjąć grupę. Po dziesięciu minutach siedzieliśmy zapakowani na skrzyni Stara 660 i jechaliśmy do obozowiska.

Tak zakończyło się moje pierwsze pełne działanie w składzie „nieetatowej grupy specjalnej”. Bramę obozowiska przekroczyliśmy ok. pierwszej w nocy – minęły 24 godziny działania. Rejon kompanii zastaliśmy pusty. Z wyjątkiem służby dyżurnej, nie było nikogo. Dowiedzieliśmy się, że wieczorem wszystkie grupy wyszły do działania – przewidywany czas 48 godzin. Wiemy, że jedna z tych grup będzie wykonywała zadanie na obiekcie, który rozpoznawaliśmy i bytowała w bazie, której miejsce wyznaczyliśmy. Mamy nadzieję, że będą zadowoleni.

Jeszcze tylko zdanie broni i wyposażenia do magazynu, szybkie mycie i w kimono. Zasypiałem ok. drugiej i niespodzianką było, że rano nikt nie ogłaszał pobudki. Szef dał pospać aż do dziesiątej, czyli regulaminowe 8 godzin.

Było to pierwsze działanie w składzie grupy specjalnej. Chociaż ze względu na nasze cząstkowe jeszcze doświadczenie należało do bardzo łatwych, dało odczuć, czego w przyszłości będzie się od nas wymagać.

W kolejnej części trochę o ówczesnym podziale i zadaniach pododdziałów działań specjalnych…

Komentarze (1):

  1. Whyskey61

    Ciekawe wspomnienia, z przyjemnością się to czyta.
    Oczywiście wcześniejsze też przeczytałem.
    Tak trzymać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz:




*