Logo Ludzii Armii

Być jak Specnaz, nosić zielony beret i naszywkę Rangers…- cz.IV. Fala, koledzy i szkolenie fizyczne.

To już kolejna część wspomnień Recona z czasów, kiedy służył w Lublińcu. W tym artykule garść wspomnień o fali, budowaniu relacji i szkoleniu fizycznym. Po przejściu selekcji, szkolenia unitarnego i zaprzysiężenia – czas na kolejną odsłonę żołnierskiego trudu. Oddajmy zatem głos Reconowi.

Koledzy

Wiele razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że „w wojsku nie ma kolegów, są tylko znajome twarze”. Nic bardziej mylnego.

Służba wojskowa, a przede wszystkim służba, którą pamiętam, nie mogłaby funkcjonować, gdyby nie koleżeństwo. Faktem jest, że w wielu przypadkach koleżeństwo było trudne, tym bardziej w tak złożonym organizmie jakim był pododdział, gdzie służyli różni i początkowo obcy sobie ludzie. Różne zachowania, pochodzenie, charaktery, zainteresowania, gusty i wiele innych cech osobistych, powodowały, że niełatwo było, przynajmniej w pierwszym okresie, odnaleźć się w tym galimatiasie postaci. Spotkałem dwie osoby, które wraz ze mną uczestniczyły w kursie spadochronowym w Krośnie, niestety obie trafiły do innych pododdziałów.

Tak się złożyło, że wcielenie mojego rocznika obfitowało w osoby pochodzące ze Śląska i naturalnym stało się, że przebywaliśmy we własnym gronie. Po pewnym czasie okazało się, że posiadamy umiejętność zjednywania sobie ludzi i grupa pierwszych kolegów powiększała się. Nie wiem według jakiego klucza, ale tak właśnie się działo.

Pomimo, że byliśmy młodymi osobami, większość z nas miała za sobą pierwsze lata pracy zawodowej, ukończone szkoły o profilach zawodowych i technicznych, co powodowało, że czuliśmy się pewniej i mieliśmy już pierwsze doświadczenia. Były też osoby, które już z natury posiadały dar przewodzenia, zjednywania lub podporządkowywania sobie innych. Wokół nich również zbierali się Ci, którzy takiego właśnie przewodnictwa potrzebowali.

Pierwsze dotarcie następowało między wcieleniem a przysięgą. To wtedy najbardziej poznawaliśmy własne i innych słabości. Przyczynkiem do tego była przede wszystkim zmiana otoczenia i wyrwanie się z własnych środowisk, konieczność podporządkowania pod tryb nakazowy oraz powszechnie panujący wysiłek fizyczny, w trakcie którego trzeba było liczyć na innych.

W moim plutonie była jedna osoba, z którą znajdowałem w większości spraw wspólny język. Taki kolega, na którego po prostu można było liczyć. Również był Ślązakiem. Nie było mowy aby gwarę przełożył na poprawna polszczyznę, nie było mowy aby powiedział coś pozytywnego o mieszkańcach innych regionów kraju, kopcił fajki jak lokomotywa, piwo pił beczkami (oczywiście już w późniejszym okresie), mimo wszystko był osoba otwartą i znajdowałem z nim wspólny język. Do końca służby zasadniczej był chyba najlepszym kumplem jakiego tam miałem – nawet decyzję o wyborze kompanii specjalnej podjęliśmy razem i do końca w niej służyliśmy.

W tym koleżeństwie był też element współzawodnictwa, bo obaj byliśmy radiotelegrafistami, zatem każdy z nas starał się być lepszy od drugiego i nie ma co ukrywać – grupy specjalne, w których byliśmy na etacie, osiągały bardzo dobre wyniki w łączności specjalnej. Do końca szliśmy łeb w łeb.

W takim małym gronie, jakim na początku był pluton szkolny, a potem kompania specjalna, nie było praktycznie miejsca na animozje i wrogość. Choć nie wszyscy zgadzaliśmy się ze sobą i nie wszyscy nawet się lubili, to od początku determinowano nas do działania w zespole i tak też powoli się stawało. Szczerze mówiąc, nie miałem wrogów wokół siebie, miałem za to ludzi, którym mogłem zaufać oraz takich którym ufać nie powinienem. Każdy z nas potrafił dobrać sobie towarzystwo i w nim funkcjonować.

Różne charaktery, dobrzy kumple.
Różne charaktery, dobrzy kumple.

Kaprale

Niejako obok nas, ale służbowo, zasymilowana, istniała inna społeczność, a byli nią instruktorzy i dowódcy drużyn. Starsi szeregowi i kaprale których zadaniem było dowodzić, przewodzić i uczyć, pokazywać wartość doświadczonego żołnierza w połączeniu z służbową zależnością. Niezależnie od miejsca służby, zawsze nam towarzyszyli, bo w armii nie ma miejsca na działanie indywidualne. Jest drużyna, grupa, team i to trzeba akceptować.

Żołnierz ma prawo być dobrze dowodzonym. To nie prawda objawiona, to obowiązek każdego dowódcy… dobrze dowodzić, niezależnie od szczebla na jakim się to robi. Od pierwszego dnia służby towarzyszyli nam dowódcy drużyn, kaprale starsi od nas służbą o rok lub półtora, zdecydowanie bardziej doświadczeni, potrafiący utrzymać dyscyplinę w grupie, ale też potrafiący być instruktorami w większości dziedzin, z których wiedzę nam przekazywali.

Zasadnicza służba wojskowa naznaczona była tym, że zarówno dowódca najniższego stopnia, jak też jego podwładny, byli żołnierzami z poboru, dzieliła ich nieznaczna różnica wieku, bądź tej różnicy nie było wcale. Na pewno istniała różnica w dacie poboru i tutaj uwidaczniał się podział pomiędzy kapralami a szeregowymi.

Kapral był dowódcą, więc tym samym musiał być pozbawiony pewnych „przywilejów”, do których prawo miał szeregowy. Mowa oczywiście o przywilejach fali. Istniało wtedy takie powiedzonko: „kapral nie fala do wojska się nie wpier…la” i odzwierciedlało ono stosunek jednych do drugich. Nierzadko kapral traktowany był prawie jak żołnierz zawodowy, co z jednej strony dodawało powagi jego randze, ale z drugiej nie przysparzało mu przyjaciół pośród żołnierzy z tego samego wcielenia, tym bardziej, że to jego właśnie należało słuchać i wykonywać rozkazy.

Dla żołnierzy najmłodszych służbą dowódcy drużyn byli swego rodzaju mentorami. To właśnie od nich uczyliśmy się podstaw, to oni decydowali co nam wolno, a czego nie, mieli wpływ na pierwsze przepustki i urlopy… po prostu mieli realną władzę. Władzę z jednej strony ograniczoną regulaminem, z drugiej niepisanym kodeksem fali, do której ograniczano ich prawo.

Fala nie była dla kaprala, nie przysługiwało mu pominięcie kolejki na stołówce, koty nie sprzątały podoficerki, nie czyściły butów, nie wykonywały innych czynności, do których zobligowani byli przez starszych służbą. Różnica ta wynikała przede wszystkim z innego traktowania kaprali przez kadrę zawodową. Nie byli wprawdzie zawodowymi, ale w wielu sprawach musieli z nimi współpracować – mieli przecież najbliższy kontakt z szeregowymi. Jak to wyglądało w praktyce?

Późniejszy okres służby-na-zdjęciu żołnierze z trzech różnych wcieleń.
Późniejszy okres służby-na-zdjęciu żołnierze z trzech różnych wcieleń.

Praktycznie kaprale, którzy służyli w pododdziałach szkolnych, większość relacji z elewami opierali na regulaminie oraz planie szkolenia, uczestniczyli w szkoleniu, byli instruktorami, odpowiadali za wszelkie czynności w pododdziale poza godzinami szkolenia, odpowiadali za elewa 24h/dobę. Z wyszkolenia własnych drużyn byli rozliczani, a wyniki jakie osiągaliśmy decydowały o ich awansach, przepustkach, nagrodach, zatem starali aby ich drużyny uzyskiwały jak najlepsze oceny. Z czasem nabieraliśmy do nich zaufania.

W pierwszym okresie służby, a więc w szkole młodszych specjalistów, praktycznie nie spotkałem się z przykładami wynaturzonych zachowań ze strony dowódców drużyn, mówiąc o wynaturzeniach, mam na myśli celowe, fizyczne bądź psychiczne znęcanie się nad podwładnymi oraz falowe traktowanie. Jedyną formą ich zwiększonej aktywności, ku utrapieniu szeregowych, były prace porządkowe i utrzymanie czystości w rejonie pododdziału. To zajęcie zabierało nam resztki czasu wolnego, a niedokładne jego wykonanie skutkowało powtarzaniem.

Kondycja fizyczna

Codzienne szkolenie było tak wypełnione wszelkimi formami aktywności fizycznej, że dodatkowe „atrakcje” były nam zbędne. Nie mniej jednak, co chwila przypominano nam, że po trafieniu do pododdziałów bojowych, sielanka się skończy i trafimy pod skrzydła „starości”. Skończy się regulamin, a zacznie fala. Nie ukrywam, że każdy z nas się tego obawiał, ale i czasu na zastanawianie nie było zbyt wiele.

Wracając z zajęć na strzelnicy lub Czarnym Lesie, kilkaset metrów przed bramą zmienialiśmy szyk bojowy na marszowy i w taki sposób wchodziliśmy do jednostki, jednak przed samym budynkiem padała komenda do zatrzymania i przysiadu, broń musieliśmy trzymać nad głową, a potem na przemian „kaczym chodem” i „żabkami” pokonywać każde piętro aby dojść do rejonu zakwaterowania… moja kompania była na ostatniej kondygnacji. Ostatnie schody, to ból w łydkach, mdlejące ręce i ślina wymieszana z krwią, a zajęcia nigdy nie kończyły się inaczej.

Nasza aktywność fizyczna rozpoczynała się poranną zaprawą fizyczną, w trakcie której zaliczaliśmy bieg w połączeniu z „kaczym chodem” i „żabkami”, potem ćwiczenia ogólnorozwojowe i koniec zaprawy zakończony kolejnym biegiem. Codziennie w planie szkolenia widniały obowiązkowe dwie godziny WF, na przemian z walką wręcz. Wiele z innych zajęć, również łączono ze szkoleniem fizycznym, tak więc w czasie czterech miesięcy, nasza kondycja znacznie wzrastała, proporcjonalnie do spadku wagi ciała. Kończąc służbę w Lublińcu ważyłem 12 kg. mniej niż przed jej rozpoczęciem.

Mimo tak napiętego czasu szkoleniowego, znajdowaliśmy chwilę, aby dodatkowo poćwiczyć. Zazwyczaj w salach żołnierskich wykonywaliśmy przed snem po kilkadziesiąt pompek na rozstawionych taboretach i kilkanaście wsparć ramion pomiędzy piętrowymi łóżkami. Jak czas pozwolił, to i po kilkadziesiąt „brzuszków”.

W późniejszych miesiącach służby sami szukaliśmy okazji do szkolenia fizycznego.
W późniejszych miesiącach służby sami szukaliśmy okazji do szkolenia fizycznego.
Zdjęcie oczywiście pozowane.
Zdjęcie oczywiście pozowane.

Nie powiem, abym był fanem wszelkiej aktywności na drążku i poręczach, ćwiczenia te wykonywałem, ale jedynie w takim zakresie, aby nie być z tyłu. Nadrabiałem natomiast ćwiczeniami kondycyjnymi, które do dnia dzisiejszego najbardziej mi pasują.

Wchodząc w okres szkolenia specjalisty, do szkolenia fizycznego dochodziło pokonywanie ośrodka sprawności fizycznej (OSF) oraz pokonywanie Toru Francuskiego. Oba te tory przeszkód były wymagające, i o ile OSF, to standardowy tor w całej armii, to „Francuz” charakteryzował się znacznym rozciągnięciem i dużą ilością przeszkód wysokościowych. Zaliczenie OSF-u to kilkadziesiąt sekund w najgorszym wypadku, Francuza kilka lub kilkanaście minut, w zależności od zasad pokonywania.

Wśród nas było wiele osób, które już w cywilu ćwiczyły jakieś dyscypliny sportowe lub walkę wręcz. W trakcie zajęć, instruktorzy chętnie korzystali z ich doświadczenia. Wprowadzało to  elementy nie ujęte w programach szkolenia, a więc rozwijało nasze umiejętności.

Bardzo często jednostka organizowała pokazy walki wręcz dla osób z zewnątrz. Odbywały się one zazwyczaj w soboty bądź niedziele i były okazją do zaprezentowania wąskiego tematycznie, ale ciekawego elementu szkolenia. Pokazy te przygotowywały pododdziały bojowe, jednak często zdarzało się, że z kompanii szkolnych wybierano kilka osób o wyższym poziomie umiejętności i dołączano do grupy pokazowej. Były to jedne z nielicznych naszych okazji do wykonania zadania z żołnierzami starszych roczników.

W kolejnej części mały przeskok czasowy i pierwsze poważne zadanie.

Dodaj komentarz:




*