Logo Ludzii Armii

Być jak Specnaz, nosić zielony beret i naszywkę Rangers…- cz.III. Szkolenie spadochronowe.

Szkolenie unitarne już za nami. Powoli zaczynamy czuć się jak żołnierze z prawdziwego zdarzenia. Cały czas żyjemy nadzieją, że czekają nas nowe i ciekawsze wyzwania. Jeszcze tylko przysięga i…no właśnie. Co dalej?

Co zmieniło się po przysiędze?

Wcielenie do jednostki wiosną miało swoje dobre strony, jedną z nich niewątpliwie było uczestnictwo w czerwcowym zgrupowaniu spadochronowym. Przysięga odbyła się w pierwszym tygodniu czerwca, a już w jego połowie jechaliśmy na lotnisko w Oleśnicy, aby tam po trzytygodniowym zgrupowaniu wykonać pełna normę skoków i zdobyć upragnioną „gapę” czyli odznakę skoczka spadochronowego wojsk powietrznodesantowych. Jednak te trzy tygodnie nie były sielanką, a szkolenie pomimo, że prowadzone pod kątem spadochronowym zawierało również pozostałe elementy.Niezmiennie zaliczaliśmy zajęcia ze wszystkich obowiązujących zagadnień. Ten etap szkolenia był szkoleniem specjalisty i przebiegał z naciskiem na przydzielone specjalności. Jako radiotelegrafiści zasuwaliśmy nie tylko z wyposażeniem przydziałowym, ale dodatkowo każdy z radiostacją R-354 lub R-394.

Radiostacje nie były lekkie, a ich źródła zasilania tym bardziej, więc zazwyczaj dźwigaliśmy dwa razy więcej niż normalny zwiadowca, wykonując przy tym te same zadania co inni. Jedyną ulgą było to, że jako etatową broń posiadaliśmy pistolety maszynowe PM-63, co czyniło Nas bardziej mobilnymi z uwagi na mniejsza masę uzbrojenia, jednakże w sytuacjach kontaktu ogniowego mieliśmy najmniejszą siłę ognia.

Nie ma niczego za nic. Radiotelegrafista był tym ogniwem w grupie specjalnej, które należało chronić w pierwszej kolejności bowiem brak kontaktu z grupą, to informacja dla dowództwa o konieczności spisania jej na straty.

Ochrona ta miała jeszcze głębszy sens o czym dowiedziałem się już po dłuższym czasie. Radiotelegrafista musiał perfekcyjnie opanować posiadany sprzęt łączności, stawał się tym samym specjalistą w wąskiej dziedzinie, której inni żołnierze grupy znać nie mogli (wyjątkiem był dowódca grupy który powinien potrafić obsługiwać radiostację w tym samym stopniu).

W wypadku kontaktu z przeciwnikiem grupa powinna dążyć do jak najszybszego jego zerwania , z prostej przyczyny, braku wystarczającej siły ognia aby przetrwać dłuższą potyczkę. Nie można było sobie pozwolić na utratę radiotelegrafisty, w uzasadnionym przypadku radiostacja winna zostać zniszczona, a Radzik nie mógł dostać się do niewoli. Co należało z nim uczynić? Dopowiedz sobie sam czytelniku, ale zaręczam, że nie podobało nam się to cholernie.

Zatem szkoliliśmy się w piękne czerwcowe dni i ciepłe noce, normy odpoczynku były zachowywane rygorystycznie, ale mimo wszystko kładąc się spać myśleliśmy tylko o tym, aby sen przyszedł szybko i trwał jak najdłużej.

Praktycznie po kilku dniach od przybycia na lotnisko rozpoczęły się „dni lotne”, ale najpierw skakały pododdziały bojowe. My większość czasu spędzaliśmy na ćwiczeniu procedur skoku „na sucho”, instruktorzy sprawdzali nasze umiejętności nabyte jeszcze na kursie w Krośnie, dokładali swoje i ćwiczyliśmy wszystko od początku.

Najbardziej upierdliwym zajęciem było układanie spadochronów, odpoczywaliśmy to fakt, ale tylu kilometrów linek nigdy nie rozplątywałem, prostowałem, zaplatałem. W tym czasie największą radochą instruktorów było sprawdzanie naszych postępów, a każde niedociągnięcie, karane było koniecznością wykonania przepisowego skłonu w przód, chwytu za kostki i przyjęcia „lepy” na dupsko wymierzonej „linijką lub bananem”, a były to przyrządy pomocnicze przy układaniu spadochronu. Niejeden z nas nosił dobrze obite dupsko zanim prawidłowo nauczył się wplatać linki lub wiązać konterki.

Przerwa w trakcie układania spadochronów.
Przerwa w trakcie układania spadochronów.

Do dyspozycji zgrupowanie posiadało dwa dwupłatowe AN-2 czyli popularne Antki oraz jeden AN-26 zwany „szybkim”. Za pomocą tych samolotów, codziennie wykonywane były skoki spadochronowe o zróżnicowanym stopniu trudności.

Codziennie nad zrzutowiskiem wykwitały białe czasze spadochronów D5, codziennie słychać było w powietrzu dzikie wrzaski skoczków po udanym napełnieniu czaszy. Ta radość udzielała się wszystkim obserwującym, tym bardziej, że my na swoją kolej dopiero czekaliśmy.

Aby wykonać normę skoków uprawniająca do tytułu skoczka należało wykonać następujące skoki:

  • jeden tzw. „turystyczny” bez wyposażenia z awaryjnym otwarciem spadochronu zapasowego,
  • jeden z bronią i wyposażeniem (karabinek, maska, łopatka),
  • jeden z bronią, wyposażeniem i zasobnikiem,
  • jeden nocny z bronią i wyposażeniem,
  • jeden nocny z bronią, wyposażeniem i zasobnikiem.

Pięć skoków, natomiast cyfrą wpisaną w wieniec odznaki była zawsze siódemka, ponieważ wliczane do normy były również skoki oddane w Krośnie, po ich wykonaniu mieliśmy prawo do noszenia „gapy” oraz otrzymaliśmy legitymacje skoczka spadochronowego WPD. Do dzisiaj ma ona dla mnie największe znaczenie i zawsze wpięta jest we właściwe miejsce na mundurze.

Odznaka skoczka spadochronowego WPD „gapa”.
Odznaka skoczka spadochronowego WPD „gapa”.

Nadeszły i nasze „lotne dni”. Pobudka ogłaszana była jeszcze przed świtem, aby jak najszybciej pobrać i dopasować sprzęt. Potem udawaliśmy się na lotnisko gdzie ustawialiśmy się kolejno „wylotami” i oczekiwaliśmy na rozpoczęcie skoków.

Zanim skoczek zajął miejsce w samolocie, musiał przejść jeszcze przez trzy linie kontroli oraz obowiązkowe badanie ciśnienia. Dopiero potem mógł oczekiwać na swoją kolej.

Zbędnym jest opis odczuć przed, w trakcie i po skoku jeżeli ktoś ma wystarczającą motywację niech sam spróbuje stanąć na krótką chwilę w luku samolotu i spojrzeć w dół z wysokości 800 metrów. Widok i odczucia niezapomniane do końca życia.

Pogoda dopisywała, skakaliśmy przez kolejne pięć dni. Oficjalne pasowanie na tytuł skoczka odbyło się po wykonaniu pierwszego skoku nocnego, ponieważ ostatni skok nazywany szkolno-bojowym, zaplanowany został tak, aby po jego wykonaniu wyjść do działania w terenie i po kilku dniach powrócić już do koszar w Lublińcu.

Pasowanie czyli inaczej mówiąc „laszowanie” to przyjęcie do grona skoczków, polegało na ustawieniu w szeregu wszystkich którzy zdobyli tytuły, wykonaniu przez nich skłonu w przód z chwytem za kostki i przyjęciu tradycyjnego „klapsa” wykonanego ręką, linijką bądź nożem spadochronowym, przez każdego kto ten tytuł już posiada. Tej nocy wszyscy nie mogliśmy spać na plecach, a rano okazało się, że mamy dupy jak zebry. Zostaliśmy skoczkami.

Legitymacja skoczka spadochronowego WPD.
Legitymacja skoczka spadochronowego WPD.

Komentarze (2):

  1. W bieżącym odcinku zdobywanie spadochroniarskich szlifów, w następnym rzecz o dowódcach, kolegach, fali i sprawności fizycznej.

    Odpowiedz
  2. Dziękuje za wspaniałe wspomnienia byłem tam od stycznia89 i moje wspomnienia znowu odżyły.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz:




*