Logo Ludzii Armii

Być jak Specnaz, nosić zielony beret i naszywkę Rangers… – cz. I

Tytuł artykułu celowo został przejaskrawiony, a wprowadzony w nim galimatias pojęć winien oddać klimat z jakim spotkałem się rozpoczynając przygodę z działaniami specjalnymi. Wiele książek i opracowań poświęconych już zostało polskim jednostkom specjalnym oraz samym działaniom jakie prowadziły i prowadzą.

Nie zamierzając zatem powtarzać tego, co i tak zostało już powtórzone, chciałbym tym razem oddać głos wspomnieniom szeregowego żołnierza jednej z ówczesnych kompanii specjalnych. Jednocześnie mam nadzieję, że rozwieję przekonanie (nielicznych, ale jednak), że działaniami specjalnymi zajmował się tylko 1 Batalion Szturmowy i Formoza.

Kim trzeba było być, aby myśleć o służbie w pododdziałach specjalnych?

Przede wszystkim kimś, kto już od młodzieńczych lat zafascynowany był wojskiem, a jego fascynacja w tamtych czasach rodziła się pomiędzy książkami Karola Maya, Juliusza Verne’a czy Janusza Pszymanowskiego, okraszana od czasu do czasu filmami rodzimej kinematografii o bohaterskim Wojsku Polskim gromiącym hitlerowców. Na koniec wzmocniona przygodami spadochroniarzy w artykułach Piotra Bernabiuka i swoistą biblią jaką była książka gen. Edwina Rozłubirskiego pt. „Cień Spadochronu”. Materiał na komandosa wykuwał się jako Zuch, Harcerz, członek LOK-u i w większości wypadków na tej drodze nie przypuszczał, że gdzieś tam na jej końcu stanie się kimś, osobą, która zawsze mu imponowała i wydawała się nieosiągalnym ideałem.

Jak kreowana była świadomość?

Duża liczba ze wstępnie ukierunkowanych młodych ludzi stawała przed obliczem komisji poborowej i wypełniając formularz osobowy w miejscu, gdzie padało pytanie o chęć uczestniczenia w kursach organizowanych przez wojsko i Ligę Obrony Kraju, zakreślali odpowiedź „kurs spadochronowy WPD” lub „kurs płetwonurka” czy „kurs wspinaczki”.

Były to pierwsze ważne odpowiedzi na drodze do celu. Oczywiście w ślad za tym szły odpowiednio rozszerzone badania lekarskie oraz pierwszy wywiad środowiskowy. Patrząc na to z perspektywy czasu, własnych doświadczeń oraz zdobytej wiedzy wiem, że nikt kto zgłosił się do służby w WPD (wojskach powietrznodesantowych) nie wiedział, że może trafić do zupełnie innych działań, a spadochroniarz kojarzył nam się z 6 Pomorską Dywizją Powietrznodesantową, do której większość trafić chciała. Co działo się za murami jednostek było naprawdę tajemnicą, a wiedza młodego człowieka o działaniach specjalnych była zerowa. Dla nas wtedy istniał znak równości pomiędzy spadochroniarzem a komandosem.

Czy była pewność służby w wybranych wojskach?

Mając za sobą pierwszy odsiew w postaci badań lekarskich i kolejny, w postaci wywiadu środowiskowego, kandydat trafiał na kurs spadochronowy do Krosna, gdzie po czternastu dniach i odpowiednim przygotowaniu teoretycznym oraz naziemnym oddawał swoje pierwsze trzy skoki spadochronowe. Tam po raz pierwszy stykaliśmy się z żołnierzami w bordowych beretach. Wpatrzeni w nich jak w bogów wykonywaliśmy wszystkie polecenia nawet ze 150% dokładnością.

Tak wyglądało kolejne sito selekcji, bo nie wszyscy kończyli kurs pozytywnie. Po jego zakończeniu właściwie można było być pewnym, że do armii trafimy jako spadochroniarze. Jednak była jeszcze inna możliwość która gwarantowała przeżycie o wiele większych przygód.

Nie wiem na podstawie jakiego klucza, ale zawsze z tej ilości kandydatów selekcjonowano pewną grupę, którą poddawano (oczywiście bez ich wiedzy) dodatkowemu wywiadowi środowiskowemu. W moim przypadku informacje były zbierane w szkole, zakładzie pracy oraz pomiędzy sąsiadami. Dzisiaj młodym ludziom trudno zrozumieć stopień inwigilacji ówczesnego społeczeństwa, ale o tych działaniach sprawdzających dowiedziałem się dopiero kilka lat później od osób, które bezpośrednio udzieliły informacji na mój temat. Przypuszczam, że właśnie to było powodem, że wytypowany kandydat szedł do służby mniej więcej pół roku później niż jego rówieśnicy… i zazwyczaj był zdziwiony tym, że numer jednostki i miejsce stacjonowania widniejące na karcie powołania nijak mają się do własnej wiedzy o miejscach stacjonowania jednostek powietrznodesantowych. Dla mnie osobiście było to wielkim zawodem, bo skoro nie Kraków czy Bielsko Biała, to co?

Odpowiem w kolejnej części.

Poniżej archiwalne pocztówki, jakie wysyłali żołnierze podczas kursu spadochronowego. Takie pocztówki były komunikatem: „spełniłem marzenia, trafiłem do najlepszych”.

Dodaj komentarz:




*